wtorek, 17 marca 2009

PENTRAL popremierowo

Ale najpierw o Janie.
Kościół Świętego Jana to w Gdańsku, Mieście Kościołów, miejsce szczególne. Nietykany przez dziesiątki lat, jechał wojną na maksa. Z Pięćdziesiątki były tam dwa kroki. Staliśmy z zadartymi głowami dojadając resztki kanapek i czekaliśmy, kiedy się na nas przewróci. Nikt nie odważył się wkraść przez ogrodzenie. Chociaż wielu się chwaliło. Gówniany płoteczek i trochę drutu było skuteczniejsze niż elektryczny pastuch. I jeszcze ukrywający się hitlerowcy, duchy hitlerowców, hitlerowskie trupy, hitlerowcy odchodzący od zmysłów. Jak się biegło patrząc na wieżę to kościół był naprawdę bliski kolapsnięcia. Przez dziurę, która wtedy zrobiła mi się w kolanie można było zajrzeć do mózgu. Za bliznę oczywiście odpowiedzialne są hitlerowskie zmory.
Za zmasakrowanie kościoła odpowiedzialna jest zaprzyjaźniona Armia Czerwona i Janusz Morgernstern, który wjechał w Jana czołgiem kręcąc Kolumbów.
W latach dziewięćdziesiątych zaczęło drgać. Miasto postanowiło zdjąć wór pokutny ze Św. Jana i przygarnąć na łono. Konserwatorzy wypłoszyli widziadła. No w każdym razie dało się wejść. I dać się wmurować w kamienną posadzkę. Piękne, surowe gotyckie mury i kamienne ołtarze onieśmielają swoją godnością.
Dziś Św. Jan to kościół, wyjątkowa sala wystawowa, koncertowa i teatralna, miejsce licznych debat, spotkań i warsztatów. W piątek 13 marca, imponującą instalacją Roberta Stadlera, rozpoczęła działalność Galeria Świętojańska. Austriacki artysta zamontował w głównej nawie siedem ogromnych świecących kul, komponujących się w wyrazisty znak zapytania. Im głębiej wchodzimy do wnętrza świątyni, znak zapytania się rozprasza, kule się dezintegrują.
Olga Miłogrodzka, kurator projektu mówi: Co jest iluzją: stawianie właściwych pytań czy udzielanie na nie właściwych odpowiedzi? To drugie wydaje się znacznie mniej prawdopodobne.(...) Jedynym pewnym punktem startu jest dociekanie, zadawanie pytań.
więcej o projekcie, Św. Janie i NCK - tu.

No się dziś bluzgło słowotokiem...
A tu jeszcze kolejka przemyślunków, bardziej ad rem że tak powiem.

Kilka dni maligny zajęło przetrawianie doznań koncertowych. Był to imponująco surrealistyczny trip. W nawias kościoła, o którym dziś już tyle, wpisane zostały jacaszkowe pozbierane dźwięki, spektakl świetlny, stadlerowskie kule, tłumnie zebrana publiczność i zapach grzanego wina. Wszystkie składniki mieszały się ze sobą i wchodziły w nieustanne wzajemne interakcje. Trzęsienie ziemi z uspokajającą domową wonią grzańca, miażdżące męskie chóry i wirujace nad publicznością gigantyczne piłki plażowe. I Jacaszek odpowiedzialny za to szaleństwo przycupnięty w kąciku pod filarem.


Koncert był bez wątpienia wydarzeniem. Mocnym i udanym widowiskiem. Nie należy go jednak traktować jak tradycyjnego wykonania na żywo materiału z płyty.
Treść albumu wymaga intymnego podejścia. Najlepiej słuchawek albo po prostu domowego zapiecka. Niepotrzebna świątynna scenografia - cała opowieść jest w dźwięku.



Album do nabycia tutaj.

Brak komentarzy: